Z Felicjanem to było tak...
po wakacyjnej przerwie szykowaliśmy się na przyjęcie w skromne progi naszego Domu Tymczasowego kolejnej kotki (bo jak już wiecie kocurów u nas być nie miało). Powoli się rozglądaliśmy za jakąś kandydatką, ale nie dane nam było podejmowanie przemyślanych decyzji.
Telefon od schroniskowych wolontariuszek postawił nas (prawie że) przed faktem dokonanym - będziemy mieli kociego malca (o nie!) kocurka (o nie!) niewykastrowanego (o nie!). Jak widzicie naszą reakcją było 3 x NIE, więc biedak miał zostać u nas tylko tydzień.
Sytuacja była tragiczna. Kocię znalezione, bezwładna łapka, konieczne codzienne wizyty u weterynarza... No tak, tylko jak przekońać G. do złamania naszych ustaleń? Na szczęście zrobił to sam Felek - przykuśtykał do pokoju gdzie spał G. (tak tak, w dzień! ;)), wskoczył na łóżko i zaczął mruczeć. No kto by się oparł? Zmiękły nam serca i oczywiście Felek został pełnoprawnym tymczasowiczem.
Przed nami był tydzień codziennego jeżdżenia do kliniki na zastrzyki i inne takie, ale niestety łapka nie zareagowała na leczenie i trzeba było podjąć decyzję o jej amputacji...
Dzięki zgodzie Pani Dyrektor Schroniska i schroniskowego lekarza operacja Felicjana została przeprowadzona w bardzo dobrej klinice.
Tutaj muszę wtrącić kilka słów o tym, że nie mam prawo jazdy i we wszystkich nagłych akcjach muszę liczyć na transport w postaci Męża Mego, któremu bardzo dziękuję, że o 22 pojechał po Felka do kliniki. Strasznie denerwowałam się czekając na malucha, bo mimo zapewnień lekarzy, że wszystko będzie dobrze, nie wiedziałam czego się spodziewać. A widok był straszliwy - malutkie ciałko, w połowie ogolone, wielkie zszycie i kości poruszające się pod skórą, kiedy Felek próbował ruszać łapką, której już nie było ;( Felicjan otrzymał bardzo silne leki przeciwbólowe i przespał całą noc w transporterze "popłakując" co jakiś czas. Kiedy następnego dnia wróciłam do domu z pracy, Felek był już całkowicie wybudzony i uczył się chodzić... w gustownym ubranku uszytym przez mojego Męża ze skarpetki (bo takiego malutkiego kołnierza nie było - Felek ważył wtedy ok. 1,5 kg).
Widok niesamowicie wzruszający - maluszek często się przewracał, ale po kilku próbach potrafił już skakać na trzech łapkach a po kilku dniach robić wszystko poza schodzeniem z wysokiego łóżka.
A tak prezentował się w ubranku (ktoś określi je mianem peleryny superbohatera;)
Kiedy byliśmy w domu zdejmowaliśmy mu ubranko, żeby rana się "przewietrzyła".
Oczywiście Felek znajdował się cały czas pod nadzorem weterynarzy, ale widać już było, że brak łapki w niczym mu nie przeszkadza - pozostał odważnym, wesołym i zaczepnym kocurkiem. Powiedziałabym, że bardzo odważnym, bo nieustannie próbował wejść w bliższe relacje z naszą psiną Falką mimo jej wyraźnych sprzeciwów. Próby polegały np. na lizaniu jej zębów kiedy warczała, że ma ją zostawić w spokoju ;D (Proszę się nie bać - takie sytuacje były pod kontrolą;))
Felicjan wyzdrowiał, zagoił się, wypiękniał i wyglądał tak
Felicjan zasłużył sobie na Dobry Dom i na szczęście bardzo szybko wypatrzyła go na naszym profilu facebook'owym www.facebook.com/kociakoweadopcje Aleksandra z Poznania. Po standardowej procedurze przepytywania i ankiet przedadopcyjnych i rekomendacji znajomych, wiedziałam, że to jest idealny, kochający Dom do jakiego Felek powinien trafić. Kochany Mąż miał już pewnie dość malucha łobuzującego w całym mieszkaniu, więc zgodził się zawieźć go do Poznania. Problem był jeden - Aleksandra miała już kota... Felicjana
Mały Felicjan po adopcji został przemianowany na Fryderyka i zamieszkał w Poznaniu.
Ta historia miała piękne zakończenie. Kto wie jaki byłby los kociaka, gdyby Felek vel Fryderyk pozostał w schronisku... Pamiętajcie - każdy dom tymczasowy jest na wagę kociego życia. Może ktoś z Was chciałby mieć w domu jednego lub dwa kocie tymczasy?:) Jeśli macie pytania lub wątpliwości - chętnie Wam pomożemy! :)
A tu Świąteczne pozdrowienia z nowego Domu